|
Z abstrakcyjnym dokumentem w dłoni, jak sądzimy pozwoleniem na wspinanie, wydanym przez władze w miasteczku Luang Prabang upychamy nasze bety do ciężarowej wersji Tuk-Tuka by udać się 30 kilometrów na północ do wioski Pak Ou. Mamy zamieszkać w domu "głowy wioski", sądzimy więc, że skończą się nasze kłopoty i uda nam się nadrobić czas, który minął w oczekiwaniu na bzdurny permit.

Wioska Pak Ou i ściany - widok z Mekongu
(fot. arch. Jacek Kudłaty/SIGMA Pro-fotografik)
Pływając w tym czasie pod ścianę łódką z Luang Prabang (2godziny w jedną stronę) obczailiśmy już potencjalne miejsca na nowe drogi i pogodziliśmy się z faktem, że innego wspinania w Laosie po prostu nie ma. Jeśli chcemy się więc wspinać musimy jak najszybciej poprowadzić swoje drogi.
Rzuciliśmy się więc na masywnie przewieszoną ścianę wyrastającą wprost z wód Nam Ou.
Wcześniej z łódki wypatrzyliśmy piękną ryskę biegnącą diagonalnie w prawej części ściany. Tam gdzie łódka mogła wygodnie zaparkować, a maleńkie wysepki i wielkie głazy tworzyły wymarzone półeczki do rozłożenia się ze szpejem i asekuracji.

Chłopaki wreszcie mają zajęcie...
(fot. Sławek Sławatecki/Hybryda Studio)
Przedarliśmy się przez dżunglę i zjechaliśmy z wierzchołka jakieś 100m, mijając łatwy skalny teren pełen porostów. Na krawędzi przewieszenia skała zmieniła nagle kolor, a pomarańczowy idealny do wspinu wapień rozbudził nasze nadzieje.
Gacek na "Five Dollars For Each"
(fot. Sławek Sławatecki/Hybryda Studio)
Założyliśmy stanowisko, a majtające się pod nami końcówki lin pokazywały jak konkretny przewis sobie upatrzyliśmy. Wreszcie powstaje 35-metrowa wytrzymałościowa linia o trudności 7b+ i nazwie adekwatnej do naszej rzeczywistości Five Dollars For Each.
Droga prowadzi nieprawdopodobnymi formacjami, a o jej pierwsze przejście postarał się Sławek. Mamy nadzieję, że będzie ona preludium do naszej wspinaczkowej działalności w tym rejonie.
Po kolejnych kilku dniach morderczej eksploracji w 45 stopniowym upale (na szczęście ściana przez większość dnia znajduje się w cieniu) postanowiliśmy zrobić resta.

Lanie wodą nie na żarty...
(fot. arch. Jacek Kudłaty/SIGMA Pro-fotografik)

Dziadek opiumowy - czołowa postać w Luang Prabang
(fot. arch. Jacek Kudłaty/SIGMA Pro-fotografik)
Uzupełnienie żywności na targu w Luang i chłodny LaoBeer wydawał się idealnym pretekstem do chwilowego wyrwania się z wioski gdzie wszyscy razem i każdy z osobna po kilka razy dziennie nagabywali nas o uiszczenie rozmaitych opłat "klimatycznych". Począwszy od wspinania (co sprytniejsi kombinatorzy twierdzili, że nasze pozwolenie jest jedynie na pobyt we wsi, a za wspin mamy właśnie im zapłacić..), a skończywszy na .samym oddychaniu. Klimat w Pak Ou może i wyjątkowy, ale jakoś go nie czuliśmy, z przyjemnością więc leczyliśmy skórę na palcach w pobliskim miasteczku gdzie można było choć przez chwilę pozostać incognito.

Szczur usiłuje ujść przed przeznaczeniem...
(fot. arch. Jacek Kudłaty/SIGMA Pro-fotografik)
Po powrocie okazuje się, że nasz gospodarz z rodziną nie odwzajemnia naszego "Sabadiee" i szerokich powitalnych uśmiechów. Z grobową miną pokazuje nam na migi, że permit jest już nie ważny i nie możemy dłużej tu zostać! Nasz mówiący kilka słów po angielsku kierowca Tuk-Tuka jak na zawołanie wyjął kolejny papier pisany pismem robaczkowym i opatrzony mnóstwem pieczęci. Po kilkugodzinnej analizie, przez starszyznę i przedziwnego gościa w mundurze i klapkach, który się nagle pojawił, głowa wioski uznała, że to nie ten dokument! Musimy więc jechać do miasta i organizować nowy papier.
Wkurzeni na maxa rozliczamy się za spanie i wrzucamy cały bet do tego samego Tuk-Tuka, którym przyjechaliśmy rano. Kolejny dzień chyli się ku zachodowi, a nasze buły miękną z dnia na dzień, niestety nie od wspinu lecz od upałów i ciągłego przerzucania plecaków.

Wat buddyjski
(fot. arch. Jacek Kudłaty/SIGMA Pro-fotografik)
Mamy najgorętszy miesiąc w roku, nawet w stosunku do upalnej Tajlandii czujemy spadek mocy o jakieś 50% , a kolejne zatrucia w ekipie (ponoć normalka dla białasów) tylko stan ten pogłębiają. Do tego kompletne mleko na niebie, słońca nie widać w dzień, a 35 stopni w nocy nie pozwala na sen. Współczujemy Amerykańcom, którzy zabawiali się tu w wojnę i kumamy czemu dostali w tyłek. Kumamy też czemu, aż 600- osobowa (!) ekipa Francuzów kolonizująca ten kraj zostawiła majątki komunistom i opuszczała go bez większego żalu.
W drodze powrotnej Tuk-Tuk-owiec, który w całej zawiłej atmosferze sprawiał wrażenie, że nam sprzyjał nieco się rozkręca i daje nam delikatnie do zrozumienia, że "głowa wioski" nas nie chciała, bo nie dawaliśmy się golić z kasy.
Wracamy więc do punkt wyjścia, na brzeg Mekongu w Luang Prabang, marząc o tym by wreszcie wspinanie zabrało nam tyle czasu co kolejne dogadywanie się gdzie chcemy dopłynąć i targowanie o cenę za wynajęcie kolejnej łodzi.
|